Zasiadka ze spławikiem na karpia

By | Wrzesień 20, 2017

Zasiadka ze spławikiem obiecuje sporo emocji oraz duże karpie. Dwa czułe systemy brań nie dają szansy nawet dużym rybom „zaznajomionym” z hakiem wędkarskim. Idealne miejsce na zasiadkę ze spławikiem: pas trzcin maskuje wędkarza, zaś karpie chętnie żerują na granicy oczeretów.

Podczas połowów karpia na spławik, dochodzi często do następujących sytuacji: spławik unosi się z wody i pozostaje w bezruchu, lekko, krótko zadrży i nie poruszy się więcej, zniknie błyskawicznie pod wodą, aby natychmiast się wynurzyć. Żadna, nawet najszybsza dłoń nie zdąży chwycić wędki. Czy było to branie karpia lub leszcza? Moim zdaniem było to branie bardzo nieufnego karpia, co się zdarza szczególnie przy łowieniu na groch lub proteinowe kulki. Wolno na dnie leżąca przynęta przyjmowana jest bez strachu, podana na cieniutkim włosku próbowana jest co prawda przez karpia, ale natychmiast zostaje wypluta. Powodem takiej reakcji jest fakt, że przynęta podana na haczyku nie ma takiej swobody ruchu, jak wolno leżąca. Karp łatwo wyczuwa obecność żyłki lub haczyka: „niebezpieczeństwo”! W nowoczesnej metodzie połowów ze spławikiem, wychodzimy z założenia, że większość karpi „zapoznała” się już z haczykiem. Zacinać należy natychmiast, przy najmniejszym podejrzeniu brania. W tym celu wybieramy jedną z dwóch najpewniejszych metod: „tonącą” i „wynurzającą”.

Metoda „tonąca”

Przy tej metodzie, obciążamy spławik w ten sposób, żeby tylko jego końcówka antenki była widoczna nad powierzchnią wody. Dolną śrucinę umieszczamy 30 cm od haczyka, grunt ustawiamy tak, aby przynęta z haczykiem leżała na dnie, a żyłka biegnąca od szczytówki była naciągnięta. Zacięcie musi zostać wykonane w momencie, kiedy spławik niknie pod wodą. Przynęta na haczyku nie powinna zasłaniać jego ostrza. Przy metodzie włosowej, odstęp między przynętą a haczykiem może wynosić najwyżej 0,5 cm. Przy większych odstępach będziemy zacinali w próżnię. Przypon włoskowy mocujemy jednak nie do trzonka haczyka, jak przy systemie gruntowym, ale do kolanka haczyka. W ten sposób ograniczamy ilość nie zaciętych brań do minimum. Jedyną słabą stroną metody tonącej jest to, że spławik może się już wynurzać w momencie naszego zacięcia, z chwilą ponownego zanurzenia tracimy wszelką kontrolę.

 

Metoda „wynurzająca”

Sygnalizacja brania wygląda zupełnie inaczej przy zastosowaniu innej mojej ulubionej metody – „wynurzającej”. Podczas bezwietrznej pogody obciążam spławik tak, aby jego wyporność została wyrównana. Tylko dzięki temu, że ostatnia śrucina leży na dnie, spławik nie zostaje wciągnięty pod wodę – końcówka jego wystaje minimalnie nad powierzchnią. Obecność małej, kolorowej kuleczki na czubku antenki pozwala na lepszą obserwację i tak „przytopionego” już spławika. Przy wietrznej pogodzie, większa ilość śrucin powinna leżeć na dnie, tak aby spławik mógł być lepiej widoczny nad wodą. W chwili brania przynęty spławik unosi się nad wodą. Jest to moment do natychmiastowego zacięcia, chyba że spławik szybko wraca do pozycji wyjściowej. Przynęty nie należy ruszać, aby nie wzbudzać podejrzliwości ryby i spokojnie czekać na następne branie. Jak przystosować nasz system do metody wynurzającej? Grunt na żyłce należy ustawić o 10 cm większy niż rzeczywista głębokość łowiska. Po zarzuceniu przynęty spławik wystaje sporo ponad wodą, ale to korygujemy naciągając żyłkę, tak że wynurzona jest tylko jego końcówka. W ten sposób ustawiliśmy nasz system bardzo „ostro”. Dolna śrucina umieszczona jest tuż nad dnem (patrz rysunek). Dla zapewnienia dokładności, należy zwrócić uwagę, aby odstęp spławika od szczytówki nie przekraczał 4 m. Nasza metoda traci pod wpływem wiatru oraz prądu wodnego na swej dokładności, bowiem konieczne jest zluzowanie żyłki dla silniejszego wychylenia spławika z wody. Im krótsza i mocniej naciągnięta jest żytka, tym większa jest szansa zacięcia karpia – spławik reaguje już na samo „wąchanie” przynęty przez rybę. Po wzięciu przynęty do pyska, sptawik wynurza się i jest sygnałem do skutecznego zacięcia.

Blisko i daleko

Na pewno znamy akweny, gdzie większość łowców karpia wyrzuca przynętę na dalekie odległości i odkłada wędki na podpórki. Teraz pozostają im już tylko długie godziny wyczekiwania na wymarzone branie.

Do niedawna była to dobra metoda, przy której gwarantem brań były kulki proteinowe. W międzyczasie „sparzyła” się na nich większość karpi i stała się przez to ostrożniejsza. Bardzo rzadko dochodzi obecnie do samozacięcia i coraz częściej popiskują tylko cicho elektroniczne wskaźniki brań, zamiast głośno informować o braniu. Leszcz? Płoć? Nie, nie, to przebiegły karp, który przejrzał nasz podstęp.

Gdy elektronika zawodzi, nasz tradycyjny spławik wynurzyłby się albo zniknąłby pod wodą, a my holowalibyśmy pięknego karpia. Kolejną zaletą połowów na spławik jest łatwa możliwość zmiany łowiska, umożliwiająca dokładne spenetrowanie większych obszarów wodnych. Obchodząc w ciągu całego dnia wszystkie domniemane atrakcyjne łowiska stwarzamy sobie większą szansę na udany potów. Ta moja ruchliwość spowodowała już niejednokrotnie, że udało mi się złowić piękne okazy karpi podczas zupełnie „martwej wody”. Ważna jest też szybka reakcja.

Trzymając wędkę w ręku reagujemy błyskawicznie na brania. Wymaga to koncentracji i przestawienia się na metodę spławikową, jeżeli łowiliśmy do tej pory bez efektu z elektronicznym sygnalizatorem brań. Przed połowem zanę-cam przeważnie cztery łowiska i w trakcie łowienia zanę-cam w coraz krótszych odstępach. Przyzwyczajone ryby odwiedzają te miejsca coraz częściej, a niektóre nawet pozostają na nich. Wrodzona żarłoczność i konkurencja w stosunku do innych osobników podczas pobierania pokarmu, prowadzi do nieostrożności nawet wśród karpi, przez co można je łatwo przechytrzyć. Zanęcajmy więc miejsca, rokujące nadzieję na spotkanie z karpiem (np. koło starego pala, tam gdzie gałęzie sięgają wody, przy trzcinach oraz płytszych miejscach, w kierunku których wiatr nanosi naturalny pokarm). Ilość zanęty zależy od wielkości populacji karpia w akwenie. Zwykle wystarcza pięć garści orzeszków ziemnych lub 15 sztuk „kulek”. Jeżeli populacja karpi w jeziorze jest bardzo wysoka, stosujemy odpowiednio więcej zanęty. Głębokość łowiska należy zbadać przed zamierzonym połowem, gdyż czynność ta płoszy ryby. Ustaloną głębokość ustawiamy na stałe zaznaczając ją stoperem na żyłce.

Godzina oczekiwania

Średnio łowię 15-30 minut na danym łowisku i powracam na nie parę razy dziennie. Po złapaniu karpia, opuszczam dane łowisko, gdyż inne karpie będące w okolicy zostały już spłoszone i z pewnością będą jakiś czas omijały to miejsce. Po upływie godziny, szanse zdobyczy są znowu większe. Większość wędkarzy, stosując się do reguł połowu metodą włosową z użyciem kulek proteinowych, łowi na dalekich dystansach, nieraz dochodzących nawet do 80 m. Przypony ich systemów mające długość 20-40 cm dają karpiom wystarczająco dużo wolnej przestrzeni do próbowania przynęty, brania jej do pyska i badania jej „strawności”. Wszystko to odbywa się bez wiedzy wędkarza, który nie ma pojęcia o tym, że karp już kilkakrotnie brał przynętę do pyska i wypluwał ją. Nie jest to żadna zabawa ze strony ryb tylko ich instynkt samozachowawczy, który już niejednokrotnie pozwolił na uratowanie życia. Jeżeli łowimy ze stałym gruntowym ciężarkiem ołowianym, brania są niezauważalne. Zacięcie odbywa się bez naszego udziału, co osobiście uważam za słabą stronę tej metody.

Tylko połowów na spławik, gdy odległość między przynętą a szczytówką wynosi zaledwie 4-5 m, gwarantuje nam zauważenie każdego delikatnego brania. Czujnie ustawiony spławik informuje nas bowiem dokładnie o tym, co dzieje się z przynętą. Gdy zostanie on lekko uniesiony, albo zanurzony, wiemy że karp wziął przynętę do pyska i możemy wówczas zacinać. Taka super czujność spławika jest dużą zaletą tej metody. Ponadto jesteśmy, jako wędkarze, zmuszeni do szczególnej ostrożności na łowisku, do pełnej koncentracji i co najpiękniejsze w wędkarstwie, widzimy nasze brania, a nie zdajemy się na elektronikę.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *