Łowienie z plaży

Jeżeli ryby nie chcą brać, wędkarz powinien ich poszukać. W miarę częste zmienianie miejsca decyduje o sukcesie także podczas łowienia z wybrzeża morskiego.
Brzegowe wędkarstwo morskie ma w sobie coś statycznego – obładowani sprzętem wędkarze kierują się na wybrane wcześniej miejsce na plaży, montują sprzęt i trójnogi, a następnie z godną podziwu cierpliwością czekają na to, co ma być. Nawet jeżeli nie biorą im żadne rozsądne ryby, to i tak uparcie nie zmieniają swojego łowiska nawet o metr. Właściwie niby dlaczego? Przecież aktywne wędkowanie jest o wiele skuteczniejsze! Oto przykład. Klasyczne dzikie wybrzeże Bałtyku; trochę kamieni na dnie, trochę roślinności, kilka piaskowych ławic – urozmaicone i dość obiecujące łowisko, a mimo to nie każde miejsce na brzegu jest tak samo dobre. Ostatnio przekonaliśmy się o tym razem z kolegami na własnej skórze. Zarzucamy w odstępach od pięciu do dziesięciu metrów sześć wędek i czekamy. Wkrótce zaczyna się „zabawa”. Na pierwszą wędkę z prawej łowi się dublet – dorsz i flądra, a potem już więcej nic. Na wędkę zaraz obok regularnie biorą tylko niewymiarowe dorsze. Wędzisko numer trzy przez cały czas milczy jak zaklęte, natomiast przynętami na kiju numer cztery co jakiś czas interesują się nie za duże miętusy. Za to dwie ostatnie wędki z lewej przez cały czas nie dają ani na chwilę odpocząć mojemu koledze. W regularnych odstępach czasu na brzegu lądują dorsz za dorszem, w tym także kilka sztuk, którymi można się już pochwalić. Ryby biorą na świdraki. W nadziei, że i mnie trafi się w końcu jakaś nadająca się już do filetowania ryba, przerzucam moją „niełowną” wędkę z lewej strony wędzisk tak skutecznego dziś kolegi. I co się dzieje? Ani jednego brania dorsza! Jedyne co udaje mi się złowić, to półkilogramowa flądra. Też nie najgorzej. Trochę podpalony przenoszę się z moją drugą wędką na „lewe skrzydło”. Drugi kolega robi to samo. Niestety nas dwóch dorsze zupełnie ignorują. Łowimy za to cztery piękne flądry. W chwilę potem było już po braniach. Do świtu bez zmian – ani jednej sensownej ryby. Zrobiło się już widno. Postanawiam łowić trochę aktywniej. Koledzy „wypożyczają” mi po jednej wędce i łaskawie zgadzają się, abym popracował trochę na ich konto. Sami zostają na miejscu. Zaczynam przerzucać wędki przestawiając je jak na karuzeli. Gdy na wędce z prawej strony przez piętnaście minut nic się nie dzieje, zwijam ją, przechodzę trochę dalej i zarzucam z lewej strony pozostałych wędzisk. Przez cały poranek spędzony na plaży udaje mi się w ten sposób złowić ponad dwadzieścia dość ładnych ryb flądrowatych. Dwie flądry były naprawdę imponujących rozmiarów.

Także podczas wiatru od lądu

W półtora tygodnia później uparłem się, że muszę sprawdzić, czy skuteczność całego tego mojego przestawiania wędek była tylko przypadkowa, czy też jest to jakiś sposób na uratowanie wędkarskiego honoru w dni całkowitego bezrybia. Rozkładam się dokładnie w tym samym miejscu co poprzednio. Warunki wędkowania nie są zbyt korzystne – wiatr od lądu i kryształowoczysta woda. Nadzieja na udany połów maleje z godziny na godzinę. U siedzących nieopodal miejscowych wędkarzy także nic się nie dzieje – złowili zaledwie kilka zupełnie nie godnych uwagi ryb. O świcie postanawiam przerwać bezsensowne moczenie robaków w jednym miejscu. Zaczynam karuzelowe przestawianie wędek. Z czasem coraz bardziej oddalam się od mojego pierwotnego łowiska. I proszę bardzo – z tej plaży można jednak coś złowić. W tak czystej wodzie ryby nie były po prostu aktywne i brały jedynie na przynętę, która leżała im tuż koło pyska! Co prawda moja wędrówka po plaży nie zakończyła się tym razem nałowieniem całej siatki ryb, ale za to jakże urozmaicony okazał się mój łup – tu jeden węgorz, tam dwa prawie „kapitalne” miętusy, co jakiś czas jakaś fląderka, a i jeden zabłąkany dorsz także skusił się na moją przynętę. Zauważyłem przy tym pewną prawidłowość: w każdym nowym miejscu brała tylko jedna ryba (lub nie), a potem cisza! Być może dałoby się na podstawie tych obserwacji stworzyć nową maksymę wędkarską – jeżeli ryby i morze pozostają w bezruchu, ruszać musi się wędkarz!? Podczas moich wędrówek z wędkami po plaży zauważyłem jeszcze jedną prawidłowość – lepsze wyniki osiąga się jeżeli łowi się na różne kije! Tak się złożyło, że nie mam dwóch takich samych wędzisk, jedne są droższe, inne tańsze, każde ma inną akcję, a używając takiego samego ciężarka jednymi jestem w stanie rzucić bliżej, innymi dalej. W konsekwencji przynęta szybuje na różne odległości i zawsze znajdzie się jakaś ryba, która się na nić skusi – nawet wtedy, gdy innym wędkarzom, łowiącym „precyzyjnie’ co do metra, nic nie bierze. Jeżeli przekonam się, że ryby stoją bardzo daleko od brzegu, zazwyczaj od razu zwijam wędkę przewidzianą na „krótkie dystanse”. Szkoda tylko przynęty. Na szczęście takie sytuacje zdarzają się niezmiernie rzadko – węgorze i miętusy prawie zawsze stoją bardzo blisko brzegu, trochę dalej flądry, a na granicy dalekiego rzutu trafiają się też dorsze.

Z koralikami czy bez?

Na temat kolorowych koralików i kulek unoszących przynętę nad dnem można napisać osobny rozdział. Wędkarze dzielą się pod tym względem na dwie grupy-jedni są gorącymi zwolennikami łowienia z koralikami i wszelkiego rodzaju świecidełkami, inni uważają to za absolutnie zbędne. Jeżeli ryby stoją blisko brzegu i dobrze żerują, nie ma o czym dyskutować – zarówno zwolennicy, jak i przeciwnicy wabików odnoszą sukcesy. Jeżeli jednak żerujące ryby są rzadkimi gośćmi w łowisku, sprawa wygląda już nieco inaczej. Na niektóre przypony naciągam wtedy małe (!) pojedyncze pływające koraliki i jedną wędką łowię „czysto”, drugą zaś z wabikiem utrzymującym przynętę nad dnem. Wiele razy przekonałem się już o skuteczności wabika, wiele razy ryby brały mi na samą naturalną przynętę. Nie mam zdania. Wiem jedno – podciąganie czasami zestawu o kilka metrów do brzegu sprowokowało do brania nie jedną anemiczną rybę.

Jedna myśl na temat “Łowienie z plaży”

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *