Maraton karpiowy

By | Październik 12, 2017

Trwające tydzień łowy karpiowe, wymagają nie tylko wytrzymałości, ale i przygotowania. Wszystko powinno być zaplanowane – począwszy od przynęty do naczyń kuchennych włącznie.

Znowu pada deszcz… Deszcz jest raczej dość łagodnym określeniem. Odgłos rozpryskujących się kropel spadających teraz z nieba sprawia wrażenie, jakby ktoś wylewał kubły wody na mój namiot.
Już wczesnym wieczorem zaczęły się gromadzić ciemne chmury, zwiastujące zmianę pogody. Przez dwa poprzednie dni musiałem ciągle smarować się olejkiem do opalania, żeby uniknąć poparzenia promieniami słonecznymi. Teraz, szalejąca tuż przed północą gwałtowna ulewa powoli zaczyna przechodzić w ciągły i jednostajny deszcz.
Karpie również zareagowały odpowiednio na zmianę pogody. Uczyniły to znacznie szybciej, niż mogłem się tego spodziewać. Ostatnie branie miało miejsce przed 18 godzinami.
Ta wyprawa na karpie rozpoczęta się wyjątkowo dobrze. Już pierwszego ranka udało mi się złowić, w całkowicie nie znanym mi zbiorniku, pięć dużych ryb. Oprócz tego miałem jeszcze jedno branie, ale po pasjonującym holu ryba mnie pokonała. Następny dzień w niczym nie przypominał już dnia poprzedniego. Wieczorem. nie mając od rana ani jednego brania, przyrzekłem sobie zmianę łowiska.
Zanim zdecydowałem się dać odpocząć mojej przynęcie i zrobić przerwę w wędkowaniu, zacząłem przetykać ślinę na myśl o pysznej zupie jarzynowej. Potrzebną mi do zapalenia kuchenki zapalniczkę diabeł nakrył ogonem. Nigdy, kiedy jest potrzebna, nie mogę jej znaleźć. Tego typu sytuacje są mi dobrze znane. Zawsze mam kłopoty, począwszy już od drugiego dnia wyprawy, ze znalezieniem czegokolwiek w tym moim drugim domu. Podczas parodniowych wypadów wędkarskich nad wodę zawsze zaczyna ogarniać mnie coraz większy chaos, a uregulowany tryb życia ulega rozprężeniu. Worki z przynętą na karpie, garnki do gotowania, swetry, gumiaki oraz mnóstwo innych drobiazgów są każdorazowo porozrzucane. Oświetlając to wszystko słabym promieniem latarki zdaję sobie sprawę, że dobrze byłoby wprowadzić trochę porządku. Ale co tam.

Posiłek o północy

Udało mi się w końcu uruchomić kuchenkę turystyczną „rezerwowymi” zapałkami. Po paru minutach zupa była już ciepła i pierwsze łyżki pokarmu poczęły wypierać z żołądka uczucie głodu. Łyknięty naprędce przed kolacją jogurt owocowy do złudzenia przypominał smak syntetycznych kulek proteinowych. Kilka kawałków czekolady oraz łyk wody z butelki dopełniły moje nocne menu.
Wyskoczyłem jeszcze ostatni raz z namiotu, zdemontowałem wędki i elektroniczne wskaźniki brań, a cały sprzęt schowałem do samochodu. Ostrożność nigdy nie zaszkodzi. Ostatnio coraz częściej słyszałem o przypadkach, że wędkarze znajdowali rano nad wodą tylko podpórki do wędek. Prawdopodobnie ich „koledzy” łowią do dzisiaj na tak okazyjnie „kupiony” sprzęt. Nie przewidując nocnych odwiedzin można pozostawić wędki na całą noc. W przypadku brania głośny sygnał z elektronicznego wskaźnika brań wyrwie każdego, nawet z najgłębszego snu. Wyznaję zasadę, ze kilka godzin mocnego snu jest nieodzowne przy takich maratonach wędkarskich. Nerwowe drzemanie w oczekiwaniu na ewentualne branie nie jest najlepszym rozwiązaniem. Rano budziłem się zawsze tak zmęczony, że wpływało to ujemnie na wyniki dziennego łowienia. Często rezygnuję więc z tych paru godzin nocnego łowienia i przeznaczam je na pełen odpoczynek.

W porannym słońcu

Zanim położyłem się, rozkoszując się ciepłem śpiwora i wygodnym materacem, musiałem się jeszcze posmarować kremem przeciwko ukąszeniom komarów. Poranek sprawił mi miłą niespodziankę. Stalowoniebieskie, bezchmurne niebo zwiastowało ciepły i pogodny dzień. Przemyłem twarz chłodną wodą, odpędzając resztki snu. wpuściłem pierwsze promienie słońca do namiotu i ułożyłem się wygodnie delektując się ładną pogodą. Po chwili zabrałem się do przygotowania śniadania. Nie tylko ja jeden byłem głodny – tuż przy brzegu brodziła czapla, polująca na drobnicę. W nadziei, że i karpie powinny mieć też dobry apetyt, zacząłem montować wędki. Wystrzeliłem procą parę kulek proteinowych w poprzednio upatrzone miejsce i zarzuciłem wędki. Kulki proteinowe przechowuję zawsze w lodówce turystycznej. Nawet zupełnie zamrożone szybko odzyskują w wodzie pożądaną konsystencję. Dzięki takiemu przechowywaniu są one zdatne do użycia nawet po kilku dniach. Nie zachodzi tu konieczność stosowania środków konserwujących.

Często zdarza się, że bez przetrzymywania w lodówce, nawet uprzednio zamrożone kulki proteinowe pleśnieją. Co prawda łowiłem już karpie i na zapleśniałe kulki, ale nigdy nie jestem pewien, czy nie są one szkodliwe dla ryb (oczywiście tych, które pozostają nadal w wodzie). Z tego względu, zapleśniałe kulki, wrzucam zawsze do torebki plastikowej, a te do worka na odpadki z biwaku.

Kwaśniejąca zanęta

Niektóre zanęty psują się jeszcze szybciej. Przykładowo, świeżo ugotowana kukurydza, lub kukurydza z puszki po jej otworzeniu, kwaśnieją już na drugi dzień. Tylko szybkie zużycie chroni ją przed popsuciem się. Nie zmusza nas to bynajmniej do przedwczesnego przerwania wędkowania. Podobnie jak przygotowujemy ciągle świeży posiłek dla siebie, musimy także nastawić się na przygotowywanie świeżej zanęty (przynęty).

Suche składniki zanęty, lub gotowa już sucha mieszanka na kulki proteinowe, nie powinny być zbyt dużym dociążeniem naszego ekwipunku. Świeże jajka, potrzebne do zrobienia kulek proteinowych, kupujemy na miejscu lub zabieramy ze sobą w lodówce turystycznej. Należy pamiętać, że do nadania odpowiedniego kształtu kulkom proteinowym potrzebna jest gładka powierzchnia. Najlepiej jest zabrać ze sobą jakąś większą deseczkę. Konieczny staje się dodatkowy garnek, niezbędny do procesu utwardzania kulek. Łatwo sobie wyobrazić, jak smakowałby np. makaron gotowany w tym samym garnku, w którym były wcześniej kulki proteinowe.
Wszystkie zabiegi, mające na celu właściwe przechowywanie zanęty, odnoszą się również do środków spożywczych. Masło, wędliny czy mięso powinny być przechowywane w lodówce.
Jedzenie, które szybko się psuje, należy brać ze sobą raczej w małych ilościach. Po kilku dniach wyprawy można dokupić na miejscu brakujące produkty lub przestawić się na jedzenie z puszek. Ponieważ trudno sobie wyobrazić odżywianie się w ciągu całej wyprawy tylko jednym rodzajem pożywienia, konieczne staje się pewne urozmaicanie posiłków. Przy odrobinie kulinarnej fantazji można przygotowywać potrawy, które nigdy się nie znudzą. Przez pierwsze dwa dni najlepsze będą kotlety smażone z kawałków wcześniej przygotowanego mięsa lub kiełbasa na gorąco. Kilka listków sałaty podniesie walory smakowe obiadu. We wszystkich przygotowywanych przeze mnie posiłkach na gorąco zawsze pierwszoplanową rolę odgrywa cebula.
Produkty żywnościowe, takie jak ziemniaki, makaron lub ryż, dające się długo przechowywać, będą stanowiły dodatek do posiłków w późniejszym okresie. Owoce, kaloryczna czekolada lub np. czipsy są zawsze dobrą przekąską podczas łowienia. Jeżeli nad wodą spotka się kilku wędkarzy, to prawie zawsze udaje się stworzyć ze wspólnych zapasów małe arcydzieło kulinarne.

Gotujmy lepiej na zewnątrz

Uwaga z kuchenką gazową! O ile pogoda na to pozwala, należy zawsze gotować na zewnątrz. Nie wynika to tylko z zapachu, który potem długo pozostaje w namiocie lub samochodzie. Znane są już przypadki, że gotowanie np. kulek proteinowych w samochodzie doprowadziło do jego spalenia się.
W skład wyposażenia powinien wejść 15-20-litrowy baniak na wodę pitną. Przeważnie jest to wystarczająca ilość wody, aby zaspokoić całodniowe zapotrzebowanie. Przeznaczamy ją do gotowania, robienia kawy, herbaty, na toaletę osobistą oraz do mycia brudnych garnków. Brudne naczynia, po umyciu gorącą wodą i solidnym wyszczotkowaniu ich, będą wystarczająco czyste.
Tok moich przemyśleń został nagle przerwany przez pięknego karpia, który pokazał się dokładnie nad leżącą na dnie przynętą.
Przygotowałem się do natychmiastowego zacięcia w przypadku brania. Szybko wysnuwająca się z kołowrotka żyłka zmusiła mnie do natychmiastowej reakcji. Po wyjątkowo mato emocjonującym holu wprowadziłem do podbieraka 8 kg karpia pełnołuskiego. Po delikatnym wyhaczeniu wypuściłem go do wody.
Po pewnym czasie moją uwagę przykuwa miejsce na powierzchni wody, gdzie ukazuje się inny karp. Działo się to dokładnie w tym samym miejscu. gdzie już poprzedniego dnia zauwazyłem dwa okazałe karpie chwytające, powietrze. Muszę koniecznie sprawdzić to nowe „tajemnicze” miejsce, gdy przyjadę tu na ryby następnym razem. Spędzając więcej czasu nad wodą mamy możliwość dokładnego zbadania jej i obserwowania. Podczas tylko kilkugodzinnego pobytu w łowisku nie jesteśmy w stanie poznać danego akwenu oraz jego poszczególnych cech i zalet. Trudne jest tez natychmiastowe stwierdzenie obecności ryb oraz ich ilości. Wszystko to wymaga bowiem czasu oraz znacznego skoncentrowania uwagi.

Czas na obserwacje

W wielu akwenach stosunkowo łatwo jest ustalić miejsca stałego żerowania karpi. Ba, nawet godziny ich posiłków me są dla bystrego obserwatora trudne do ustalenia. Zawsze należy jednak brać pod uwagę i to, że czas zerowania może ulegać istotnym zmianom, szczególnie pod wpływem pogody, a także, że zależy on od pory roku. Czasami wydaje się, co często pokrywa się z prawdą, że ryby nie przyjmują w ogóle pokarmu przez 1 lub 2 dni. Ma to miejsce szczególnie podczas gwałtownych zmian pogody z silnymi wahaniami ciśnienia atmosferycznego. Miałem już niejednokrotnie możliwość zaobserwowania takich „bezrybnych” dni. Szansa, że uda się nam „wstrzelić” w okresy wyjątkowo intensywnego zerowania karpi, wzrasta, gdy spędzamy nad wodą kilka dni.
Na przestrzeni kilku ostatnich lat poznałem kilka jezior, w których złowienie karpia w słoneczny i jasny dzień stawało się nie lada sztuką. Z kolei w innych jeziorach dobre brania miały miejsce rano, wieczorem, a także stosunkowo często w samo południe. Przypominam sobie jeden staw z dużą ilością karpi, w którym łowiłem przed paroma laty bez większych rezultatów. Ze względu na brak czasu mogłem wędkować tylko nocą. Pierwsze dłuższe „posiedzenie” nad tym zbiornikiem, (także za dnia) przyniosło mi 16 ryb w ciągu dwóch dni!
W ostatnim czasie wędkuję przeważnie w jeziorach oddalonych o ponad 100 km od miejsca zamieszkania. Przy tak znacznych odległościach opłaca się łowić dopiero wtedy, gdy mamy na to co najmniej kilka dni. Najczęściej nie ma mowy o uprzednim przygotowaniu łowiska poprzez odpowiednie nęcenie. Jeżeli jest to znane mi łowisko, stosuję pewną taktykę. Łowiąc i nęcąc w znanej mi wodzie, przygotowuję sobie równolegle inne łowisko. To nieznane, lecz rokujące dużą nadzieję, miejsce nęcę bardzo dokładnie przez cały czas mojego pobytu na rybach. Gdy zdarzy się czasami, ze stare i wypróbowane już miejsce okaże się w przeciągu kilku dni niewypałem, mam gotowe już łowisko rezerwowe. Złowienie w nim dużego karpia często przyczyniło się do poprawienia słabego wyniku całej wyprawy.
Z opisanego karpiowego maratonu wróciłem do domu więcej niż zadowolony. Do prowadzonej przeze mnie statystyki połowów przybyło znowu kilka ładnych, parokilogramowych karpi oraz dwa okazy o masie ponad 10 kg.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *