Mój pierwszy boleń

By | Listopad 9, 2017

Kiedy dwadzieścia lat temu zaczynała się moja przygoda z wędką, boleń byt dla mnie wielką tajemnicą. Minęło kilka lat, nabrałem nieco wędkarskiego doświadczenia, jednak do boleni ciągle nie miałem szczęścia. Pragnienie zmierzenia się z rapą stawało się coraz silniejsze i doszło nawet do tego, że podczas przeglądania atlasów i książek wędkarskich, zawsze nieco na dłużej zatrzymywałem wzrok na zdjęciach i ilustracjach tych ryb i łowiłem je w marzeniach. Przełom nastąpił zupełnie niespodziewanie. Pewnego letniego dnia wracałem do domu znad rzeki i przechodząc obok jakiegoś ośrodka wypoczynkowego zobaczyłem wiszącą na drzewie siatkę, a w niej piękną srebrną rybę. Boleń! Ktoś złowił bolenia! Był to bodziec, jakiego potrzebowałem. Postanowiłem, że zrobię wszystko, aby jeszcze w tym roku złowić przynajmniej taką samą rapę. Tak też się stało. Dzisiaj mam już na swym koncie sporo boleni, jednak z perspektywy czasu śmiało mogę powiedzieć, że ta pierwsza rapka wcale nie była najważniejsza. O wiele większą satysfakcję miałem po złowieniu zupełnie innego bolenia.

Przygoda ta wydarzyła się kilka lat temu, kiedy wiosenne łowienie boleni było jeszcze dozwolone. W wielkanocny lany poniedziałek wybraliśmy się na ryby z Jackiem, moim przyjacielem, a zarazem nauczycielem i wędkarskim guru. Pojechaliśmy nad Wisłę na wysokości Kłody (około 70 km od Warszawy w kierunku na Kozienice). Z góry założyliśmy, że będziemy spinningować tylko powyżej Radomki. Rzekę tę w tamtych latach śmiało można było nazwać największym ściekiem centralnej Polski, nic więc dziwnego, że nie uśmiechało się nam wędkowanie poniżej jej ujścia. Prawdę mówiąc, to nastawiliśmy się głównie na łowienie jazi na spinning. Nawet nie przypuszczaliśmy, że tego dnia będziemy mieli okazję sprawić lany poniedziałek… boleniom.

Pogoda jak na wczesną wiosnę była bardzo ładna i zachęcała do łowienia. Po wyjściu z Ryczywołu i przejściu kilku kilometrów dotarliśmy w końcu nad brzeg Wisły. Królowa polskich rzek płynęła tajemniczo i niosła wiosenną, niestety nieco brudną wodę. Stan wody był dość wysoki. Po zmontowaniu spiningów ruszyliśmy do boju. Zacząłem przy moich ulubionych krzakach wikliny. Jacek poszedł gdzieś dalej. Już w trzecim rzucie poczułem charakterystyczne targnięcie, krótko zaciąłem i ryba zaczęła kręcić młynki na powierzchni wody. Niestety wiosenny boleń to słaby przeciwnik, więc po chwili wylądował wyślizgiem na brzegu. Nie był wielki, ale jak na początek sezonu, 1,07 kg to też dobry wynik. Potem jak nożem uciął – młócimy, młócimy i nic z tego nie wynika. Jedyną rozrywką jest podziwianie krajobrazu i budzącej się do życia przyrody.

W samo południe, gdy znudzony już monotonnym łowieniem odpoczywałem pod drzewem, kolega poinformował mnie o braniu i spince dwojaka. Obrazowo opisał piękne szarpnięcie i ciągle nie mógł się pogodzić z faktem, że prawie pewna już zdobycz spadła mu z kija. „Gońce śmierci”, samodzielnie wykonywane przez nas maleńkie srebrne wiróweczki były przecież bez zarzutu. Po stracie wyjątkowo dużego bolenia z winy kotwiczki (ułamała się podczas holu), zaczęliśmy zbroić wszystkie nasze sztuczne przynęty tylko mustadami. Cóż, spinka to spinka – każdemu może się zdarzyć.

Fakt namierzenia bolenia zelektryzował mnie w ułamku sekundy. Podniosłem się i ruszyłem do dalszej walki. W rzece nic się jednak nie działo. Po pół godzinie wróciłem dokładnie w to samo miejsce, w którym Jackowi spadła dwójka. Pierwszy rzut, kilka obrotów korbką i od razu branie. Kij wygiął się, że aż miło, a ryba rozbryzgiwała ogonem wodę. Walka niestety znów była krótka i srebrny drapieżnik wylądował na brzegu. Po odhaczeniu ryby zrobiliśmy jej dokładne oględziny, gdyż miejsce oraz wielkość zdobyczy sugerowały, iż jest to ten sam boleń, który już dzisiaj był na kiju. Daliśmy mu na oko ze dwa kilogramy, chociaż wtedy moja ocena masy ryb polegała na zgodnym przytakiwaniu mistrzowi. Zajrzeliśmy boleniowi do pyska i rzeczywiście – z dwóch stron były wyraźne ślady po kotwiczkach! Ale przypadek – tak ostrożny drapieżnik, a dwa razy w ciągu pół godziny popełnił ten sam błąd. Mnie boleń wyszedł do blachy od strony nurtu, natomiast koledze od brzegu i stąd właśnie powstały te obustronne ślady. Jacek, który wyrósł nagle koło mnie jak spod ziemi, już w trakcie moich zmagań z rybą żartował, że jest to jego boleń i „pozwolił” tej rybie się zerwać tylko dlatego, abym to właśnie ja mógł ją złowić.

Dalszy ciąg łowów nie odbiegał od normy, to znaczy ryby nie brały. Zresztą obydwaj mieliśmy już dosyć. Złożyliśmy kije i pomaszerowaliśmy do Ryczywołu.

Tamtego pięknego dnia byłem naprawdę bardzo dumny z siebie. Powody były dwa -po pierwsze całkiem udany połów, jak na początek sezonu, a po drugie, i było to jeszcze ważniejsze, pierwszy raz pokonałem mego mistrza i nauczyciela.

Po drodze do Warszawy wielokrotnie opowiadałem Jackowi swoje wspaniałe wrażenia z tego dnia i choć się powtarzałem, ze stoickim spokojem dzielnie wysłuchiwał, jaki sprawiłem mu lany poniedziałek nad wodą. Z perspektywy lat widzę jednak, że była to jedna z nielicznych moich przewag podczas wspólnych wypraw nad wodę. Jak wiadomo, mistrzowie raczej nie lubią przegrywać…

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *