Spinningowy alians z drapieżnikami

Krótszy dzień, mgliste, chłodne wieczory i ranki – często z pierwszymi przymrozkami. „Wisząca” w powietrzu melancholia i jakiś przygnębiający w środku żal za odeszłym niedawno letnim klimatem. Chcemy czy nie – mamy już pełnię jesieni. A wędkarska jesień to przede wszystkim połowy drapieżników. W rzekach nizinnych i „spokojnych” akwenach – szczupaki, okonie i sandacze. W wodach górskich – tłuste tęczaki i potężne głowacice. Wszystkie wymienione drapieżniki, niezależnie od tego czy przebywają w podobnych czy różnorodnych warunkach środowiskowych, charakteryzuje wspólna cecha – wzmożona aktywność i niesamowita żarłoczność, by zasilić potrzebujący energii organizm. Działa tu odwieczny mechanizm gromadzenia zapasów przed nadchodzącą zimą. Jesień w jeziorach względem lądu następuje ze znacznym opóźnieniem. Panuje tu pewna reguła – im większy jest zbiornik tym woda stygnie w nim wolniej, a tym samym proces obumierania roślin postępuje łagodniej. Najdłużej w niezmienionej formie jeziorowych głębi utrzymują się zielone podwodne łąki, gdy w tym samym czasie, płytki litoral i oczerety żółcą się już i szeleszczą.

Dzięki dobroczynnej jesiennej cyrkulacji, gdy wody mieszają się w całej swojej objętości, dotleniając przydenne warstwy, zwierzęta wodne zamieszkujące dno i przemieszczające się do głębszych partii wody ryby zachowują jeszcze długo niezłą kondycję. Późną jesienią sieja i sielawa rozpoczynają tarło. Skorzystają z tego faktu drapieżniki – głównie szczupaki „lokując” się w okolicach ich tarlisk.

Tak więc, mówiąc obrazowo „podwodna fabryka”, wszelkiego życia przenosi się w tym okresie w głąb wody, w strefy przydenne, byle dalej od nadchodzącego od lądu chłodu.

I do takich właśnie uwarunkowań środowiskowych należy się przystosować wybierając się na październikowe łowy drapieżników. Przerzedzona roślinność miękka sprzyja wędkowaniu, mniej jest zaczepów, mamy większy dostęp do rybich stanowisk, a i ziele jest o tej porze bardziej kruche niż jeszcze niedawno latem.

Wiadomo wszystkim od dawna, że październik to złote czasy dla spinningistów. I próżne byłoby w tym miejscu pisanie o tym np. żeby przynęty prowadzić jak najwolniej, koniecznie dołem, by były one większych rozmiarów etc. Bo każdy wytrawny spinningowiec to konserwatysta, i tak zrobi to po swojemu, wedle własnych upodobań, gromadzonych od lat licznych doświadczeń, często przyzwyczajeń. A wszystko po to, by trafić w gust wygłodniałego właściciela uzębionej żuchwy, pasiastego garbusa, czy ewentualnie przebiegłego rabusia sandacza. Cóż, żądza emocji i wzruszeń jest wielka i nie ma tu skrupułów.
Dla zainteresowanych, jednak kilka przemyśleń autora na temat jesiennego spinneru. Mało docenianym, często przeoczanym prowokującym drapieżniki jest tempo prowadzenia przynęt. I nie chodzi tu o hołdowane przez niektórych wędkarzy tzw. prowadzenie skokami, przerywania skręcania by błystka opadała na dno, po czym szybki zryw do góry. Wiadomo, że szczupaki i nie tylko żywo reagują na wszelkie zmiany w swoim najbliższym otoczeniu. Należy więc nie utrudniać im tego, a tym bardziej dodawać jak najwięcej bodźców do zainteresowania.

Z moich spostrzeżeń wynika, że gwałtowne skoki prędzej je płoszą, aniżeli prowokują do ataku. Osobiście lansuję zasadę, by nie szarpać, zrywać i „upuszczać” tego co zapięte do agrafki, a raczej naprzemiennie przyspieszać i spowalniać tempo skręcania żyłki. Zatrzymywanie i opuszczanie blach na dno, natomiast wyśmienicie wabi sandacze. Inna ważna kwestia. Przynęta musi pracować nienagannie.

Ale najlepszą nawet pracę niedoświadczony wędkarz może zepsuć poprzez użycie np. zbyt grubej żyłki. Rozumiem obawy niektórych Panów o zaczepy lub stratę drogocennych błystek, ale na jeziorach tak naprawdę, tym bardziej, że z reguły poruszamy się na łódce zahaczenie o coś nie do wyjęcia zdarza się bardzo rzadko. Dlatego też stosowanie żyłek grubszych niż 0,22-0,25 to lekka przesada. Chyba, że właściwym celem połowu będą cętkowane esoxy olbrzymy. To zrozumiem. Dodać należy w tym miejscu o wpływie grubości żyłki na głębokość prowadzenia. Oczywiście im cieńsza tym przynęta zejdzie niżej. Inny szczegół. Kij. I znowu tkwimy w dość powszechnym micie: trafi się na okaz, więc wędzisko musi być mocne. O.K. lecz „niezamocne”.

A właściwym kryterium jest dostosowanie akcji i wagi (ciężaru wyrzutu) do wagi stosowanych przynęt. Jest wielu dżentelmenów, do niedawna zwolenników solidnego sprzętu, którzy po zamianie dorszowej „pały” 220-setki na kij 10-40 gr. przy łowieniu średniej wielkości blachami, skutecznie pozbawili się częstych zejść ryb z haków i nieprzyjemności spędzonych bezrybnie godzin. A jaki komfort łowienia sprawia dynamiczny, wytrzymały i lekki kij wie ten kto taki posiada. W tym samym czasie, gdy na wodach nizinnych trwają szczupakowe „żniwa”, w górskich rzekach krainy pstrąga, lipienia i… głowatki rozpoczyna się wg znanych „specjalistów” najlepszy czas polowań na diametralnie różną biologicznie rybę, a mianowicie na głowacicę lub „głowatkowców” tyle „szkół” jej łowienia. Typowy i żarłoczny drapieżnik potężnych sanowych, dunajcowych i popradowych dołów, plos, czy jak mawiają górale „bań” to ryba niemiłosiernie trudna, z drugiej jednak strony, wychodzona pada łupem wcale niemałej grupy zapaleńców. Jak więc jest z głowatką? Jest do wyjęcia czy też nie? Otóż stwierdzając „na zimno” jest rybą jak najbardziej do złowienia, może nie co dzień, ale powiedzmy w miarę „nieczęsto”. Przyjęło się dość powszechnie myśleć, że jest ona gigantem o potwornej sile, a już samo zobaczenie jej to prawdziwy cud. A jest to myślenie wyolbrzymione. Prawda natomiast jest taka, że zamieszkuje typowe stanowiska dużych ryb, a więc głębokie i długie plosa, łatwe do rozczytania już po pierwszej wyprawie, łatwo jest ją podejść praktycznie z każdej strony, ze względu na typowy charakter kamienistych płaskich brzegów wspomnianych rzek, sam hol nie różni się wcale od holowania innych dynamicznych i silnych ryb. Taktyka, sposoby podawania przynęt nie są czymś wyjątkowym, różniącym się wiele od tych, którymi łowimy inne drapieżniki. Dlaczego więc jest tak. jak jest? Tak wiele wprawnie rozkładanych rąk?

Powód jest prozaiczny i banalny. Otóż, głowatka bardzo rzadko żeruje przez długi okres. To właśnie trafienie nie w dni, nie w godziny, ale często w minuty (dosłownie) w porę jej wyjścia na żer spełnia wyśnione marzenia na poczucie jej pulsującego ciężaru na kiju. Kluczem więc do problemu jest zwykłe wędkarskie szczęście tzw. „fart” oraz „trochę” cierpliwości by na wodzie być niemal codziennie i nieustannie „moczyć” nasze woblery „tam za skałą”. Cóż – przeciwnik nie byle jaki, wymagający poświęcenia. Warto jednak, bo piękno wędkarskiego traperstwa tkwi w tych właśnie chwilach, gdy włożony trud i lata marzeń przybierają konkretny kształt sukcesu w postaci brunatno-pomarańczowego, walcowatego o potężnej paszczy cielska.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *