Jak rozpoznać jaką rybę się holuje?

By | Listopad 9, 2017

Każda ryba walczy trochę inaczej. W chwilę po zacięciu prawie zawsze można się jednak zorientować, czy jest to szczupak, sandacz, pstrąg, czy też na przykład lipień.
My wędkarze znani jesteśmy z gawędziarstwa, gawędziarstwa graniczącego nawet z przesadą. Nic więc dziwnego, że gdy w jednym ze swoich artykułów napisałem kiedyś, iż „ podczas holu prawie zawsze poznaję, z jaką rybą mam do czynienia i to zanim ją jeszcze zobaczę”, mój redaktor naczelny od razu „wziął mnie na hak” i zażyczył sobie dokładniejszych wyjaśnień. Był to najlepszy sposób, aby sprowokować mnie do napisania poniższego artykułu. Wiele gatunków ryb można poznać już po samym sposobie brania. Niekończące się podrygiwanie spławika, lekkie przytapianie i wyskakiwanie na powierzchnię, przesuwanie się o kilka centymetrów raz w jedną, raz w drugą stronę pozwala przypuszczać, że naszym czerwonym robaczkiem akurat zainteresował się lin. Po energicznym zniknięciu spławika po skosie możemy się przygotować, że za chwilę prawdopodobnie nastąpi bardzo długie odejście po prostej, a uciekający karp pokaże nam, co to znaczy holować rozpędzoną podwodną lokomotywę. Stosowana technika wędkarska, rodzaj przynęty, pogoda, pora roku oraz sam rodzaj łowiska w znacznym stopniu ułatwiają domyślenie się, jaka to ryba walczy na drugim końcu żyłki. Na temat łowiska mogę powiedzieć tylko tyle, że tej samej wielkości leszcz trochę inaczej walczy w jeziorze, a zupełnie inaczej poniżej zapory lub w miejscu o w miarę spokojnym prądzie.

Pierwsze płocie moich synów

Dorosła ryba zawsze testuje akcję wędziska, czasami nawet aż do granic wytrzymałości i na tej podstawie można już wyciągnąć jakieś wnioski, natomiast nerwowe trzepotanie się na haczyku i delikatne przyginanie szczytówki zawsze oznacza drobnicę. Obydwaj moi synowie także bardzo szybko opanowali sztukę rozpoznawania ryb zaraz po zacięciu. Już podczas naszej pierwszej wspólnej wyprawy na ryby wiedziałem, że na okrzyk „płotka!” nie muszę podchodzić z podbierakiem. Z dumą przyglądałem się, jak moi dwaj następcy tronu z minuty na minutę stają się coraz bardziej zapalonymi wędkarzami, a na brzegu lądują jak najbardziej wymiarowe płotki. Duża płoć walczy w bardzo charakterystyczny sposób. Krótko odskakuje na boki, często też zmienia kierunek ucieczki. Trwa to jednak nie dłużej niż jedną minutę. Później nawet największa płoć pozwala się w sposób kontrolowany holować do brzegu lub łodzi i chociaż walczy o życie do samego końca, wprowadzenie jej do podbieraka nie jest zbyt trudne. Jeżeli łowimy w pobliżu trzcin lub grążeli, a do tego tuż pod powierzchnią, to skośnie znikający pod wodą spławik prawie zawsze oznacza wzdręgę. Ryba ta walczy prawie tak samo jak płoć, chociaż czasami odnosi się wrażenie, że jest trochę silniejsza. Leszcz po zacięciu zawsze sprawia wrażenie bardzo zaskoczonego. Bez najmniejszego trudu daje się odciągnąć o metr lub dwa z zanęconego łowiska. Dopiero później „przedstawia się” wędkarzowi nadając do niego sygnały alfabetem Morse’a. W rzece leszcz podczas holu ustawia się bokiem w poprzek prądu, a że jego boki mają sporą powierzchnię, odnosi się wrażenie, iż jest to bardzo duża ryba. Leszcze o masie ponad 1,5 kg próbują także krótkich i dość energicznych ucieczek, po których zawsze ustawiają się bokiem do wędkarza.

Trząsanie łbem

Zacięty nawet na bardzo dużej głębokości leszcz zawsze daje się w miarę szybko podciągnąć pod powierzchnię, a następnie, dopóki nie łyknie powietrza, fika niezbyt energiczne koziołki i trochę się chlapie. Leszcz zawsze poddaje się siłowemu holowi (stara się wtedy jedynie ustawiać bokiem) i nigdy nie trząsa łbem aby wyrazić swoje niezadowolenie. Dokładnie pamiętam mój pierwszy raz – oczywiście wędkarski pierwszy raz! Łowiłem wtedy na długi teleskopowy kij z przelotkami. Spławik stał spokojnie, lekko po skosie na powierzchni rzeki, a mały ciężarek łezka utrzymywał przynętę na dnie. Nagle spławik zaczął nerwowo podrygiwać, jednak nie ruszył się z miejsca nawet o milimetr. Święcie przekonany, że „znowu jakiś drobiazg” zaciąłem niezbyt energicznie w przeciwnym kierunku do kierunku prądu rzeki. Wrażenie było takie, jakby haczyk wbił się w leżący na dnie beton. Domniemany zaczep ruszył nagle płynnym ruchem pod prąd, wściekłe szarpnięcia wyczuwałem aż na rękojeści, a silnie dociskany palcem kołowrotek typu Nottingham i tak obracał się jak oszalały. Tej ryby nie można było zatrzymać.

Zawirowanie i sztuczna mucha

Ryba konsekwentnie murowała do dna przez jakieś pięć minut. Ledwie udawało mi się odzyskać trochę żyłki, moja przeciwniczka natychmiast ruszała szybciej pod prąd i zabierała mi jeszcze więcej żyłki. Brązowozłoty pakiet mięśni dwa razy wyskakiwał mi potem z płytkiego podbieraka i za każdym razem uciekał na sam środek rzeki. W końcu, po niezapomnianych emocjach udało mi się podebrać moją pierwszą w życiu brzanę. Przyznam się szczerze, że nie wiem, kto był bardziej zdenerwowany -ja, pragnący za wszelką cenę pokonać tę rybę, czy brzana, instynktownie czująca, że walczy o życie. Mam nadzieję, że nigdy w życiu nie wyspecjalizuję się w jednej technice łowienia ryb. Uważam bowiem, że każdy rodzaj wędkowania ma w sobie coś fascynującego. A może wybierzecie się teraz razem ze mną nad pewną rzekę w południowej Westfalii?
Jedyną dozwoloną metodą jest sztuczna mucha – only fly. Ryby dobrze biorą tam na nimfy i wprost rewelacyjnie na suche muchy! Jeżeli nie znam nowego łowiska oraz nie wiem, jakie owady występują tam najliczniej, zazwyczaj sięgam po uniwersalną muchę imitującą różne gatunki jętek, po moją tajną broń, muchę zawiązaną z pióra z kaczego kupra. O proszę! Coś wychodzi do powierzchni, na wodzie widać wyraźne kółka. Brodzę w rzece i ostrożnie zbliżam się do ryby na odległość rzutu. Przez cały czas bacznie obserwuję to miejsce i staram się wyczuć, czy ryba żeruje według jakiegoś schematu. Idealny rzut po skosie pod prąd i własnoręcznie wiązana mucha spływa w kierunku wypatrzonego stanowiska ryby. Niewielkie zawirowanie na powierzchni wody i całe moje napięcie znajduje upust w błyskawicznym zacięciu. Dajcie mi tylko 20 sekund czasu, a powiem Wam, co mam na kiju. Ryba wzięła mi blisko brzegu pomiędzy dwoma kamieniami i od razu błyskawicznie ruszyła z prądem. To pstrąg!

Lipienie walczą podobnie jak leszcze

Odpowiedzi na pytanie, czy jest to pstrąg potokowy, czy też tęczowy, udziela mi sama ryba. Przy trochę silniejszym przytrzymaniu woda eksploduje i tańczący w powietrzu pstrąg usiłuje pozbyć się tkwiącego mu w pysku haczyka. Boki ryby lśnią różowawym odcieniem. Tęczak! Pstrągi potokowe również zawzięcie walczą aż do ostatniej chwili, jednak znacznie rzadziej wyskakują nad wodę. Lipienie bardzo często przerywają ucieczkę by spróbować nagłego odbicia z pełnym obrotem w bok. Przez moment widać wtedy w wodzie biały brzuch ryby. Obracanie się wokół własnej osi, powodujące tylko lekkie przyginanie szczytówki bardzo przypomina mi – zagorzałych muszkarzy przepraszam za to porównanie – walkę z leszczem. Lipienie nie są podczas holu tak dynamiczne jak pstrągi. Są za to bardziej wytrzymałe, a walka z podobnej wielkości lipieniem trwa znacznie dłużej. Miałem kiedyś przyjemność wędkować w pewnej rzece słynącej z pięknych sandaczy i szczupaków. I chociaż sandacze najchętniej łowię zimą pod sam koniec sezonu, w rzece tej nie miałem nawet w pełni lata najmniejszych problemów z rozpoznaniem gatunku ryby, jaką akurat holuję.

Pora roku oraz miejsce, w którym akurat wędkuję pozwalają mi od razu stwierdzić, z jakim drapieżnikiem mam do czynienia. Latem na granicy przybrzeżnych pasów grążeli złowiłem już w ciągu dnia mnóstwo ładnych szczupaków, natomiast jeszcze nigdy choćby jednego sandacza. Zimą sytuacja wygląda trochę inaczej. O tej porze roku w głęboczkach pomiędzy ostrogami z leniwie płynącą wodą, na głęboko poprowadzoną gumową żabkę brały mi prawie zawsze tylko sandacze, natomiast szczupaki atakowały przynętę jedynie przy samym brzegu.

Brutalne szarpnięcie

Szczególnie interesujące jest jednak jesienne łowienie pod wieczór. Grążele przy mojej ulubionej ostrodze obumarły już pod koniec lata i opadły na dno, a pomiędzy betonem ostrogi a głównym nurtem rozciąga się szeroki pas głębokiej wolnej wody. W miejscu tym liczę się zarówno z braniami sandaczy, jak i szczupaków. Przeważnie łowię na głęboko schodzącego woblera, gdyż jesienią nie tylko sandacze, ale także szczupaki chętnie stoją przy dnie. Branie szczupaka jest brutalnym szarpnięciem, choć często się zdarza, że i duże sandacze dość energicznie atakują przynętę. Przy bardzo wolnym prowadzeniu przynęty najczęściej odnosi się jednak wrażenie, że nagle coś ciężkiego siadło na kiju, coś co bardziej przypomina zielsko lub zahaczoną szmatę, niż rybę. Nierzadko odchodząca w bok żyłka pozwala mi jednak od razu zorientować się, że było to branie.

Oszacowanie, czy jest to duży, czy też średniej wielkości sandacz jest w takich momentach bardzo trudne, gdyż drapieżnik przez cały czas posłusznie daje się holować. Większość jesiennych sandaczy decyduje się na walkę dopiero przy samym brzegu. Ryby te wiele razy sprawiły mi już niespodziewany prysznic, gdy pod samymi nogami wykonywały gwałtowny w tył zwrot i rzucały się do ucieczki. Ucieczki szczupaka są jeszcze bardziej siłowe i dynamiczne, a już w szczególności pierwsze odejście.

Ze względu na to, że także do łowienia sandaczy używam metalowego przyponu i dość grubej żyłki, zawsze pozwalam sobie na dość siłowy hol. Szczupak reaguje na takie brutalne traktowanie przeważnie imponującymi wyskokami nad wodę. Najbardziej dynamiczne i waleczne są szczupaki o masie od 2,5 do 5 kg. Zastanawianie się, z jaką rybą akurat walczymy jest tylko jednym z elementów czyniących nasze hobby tak podniecającym.

Hol ryb łososiowatych.
Pstrąg potokowy rzadko wyskakuje nad wodę. Przeważnie muruje do dna, kręci młynki pod powierzchnią i ucieka w zawady.
Lipień nie walczy zbyt efektownie, ale jest bardzo wytrzymałym przeciwnikiem. Średniej wielkości leszcz przygina tak samo szczytówkę wędki.
Pstrąg tęczowy lubi często wyskakiwać nad wodę. Podczas takich wyskoków rybie często udaje się wytrząsnąć przynętę z pyska.

Hol ryb drapieżnych.
Sandacz bierze raczej leniwie i przez kilka metrów pozwali się holować bez sprzeciwów. Do ucieczki rzuca się dopiero pod nogami wędkarza i z determinacją walczy o życie.
Ucieczki okonia są krótkie i energiczne. Częste szarpnięcia cięgle przyginają szczytówkę, sam drapieżnik pokazuje się dopiero tuż przed podebraniem.
Szczupak znany jest z częstych wyskoków nad wodę i siłowych odejść pod powierzchnią. Większe osobniki przeważnie murują do dna.

Hol ryb spokojnego żeru.
Podczas holu karpia na powierzchni często pojawiają się zawirowania po gwałtownych nawrotach ryby.
Leszcz podprowadzony pod powierzchnię często obraca się wokół własnej osi i trochę chlapie.
Lin zaraz po zacięciu zawsze próbuje skryć się wśród roślinności wodnej.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *